Lekcja z soboru, czyli o debacie w Kościele [F. Łapiński]

[tekst autorstwa prelegenta Filipa Łapińskiego, źródło: nalezecdojezusa.pl]

Dzieje Apostolskie, ta piękna „Ewangelia według Ducha Świętego”, zawierają wiele historii będących cennym pouczeniem dla chrześcijan wszystkich wieków. Myliłby się jednak ten, kto myślałby, że są one jedynie zapisem cudów i liczebnego wzrostu Ciała Chrystusa…

Piętnasty rozdział tej księgi opowiada bowiem bardzo ważną historię o tym, jak rodzący się Kościół stanął przed pierwszym wewnętrznym – i doktrynalnym – kryzysem w swojej historii… Czy pamiętamy tę historię? Oto w ślad za głoszącym Ewangelię w pogańskim świecie Apostołem Pawłem udali się „pewni ludzie którzy przybyli z Judei” (Dz 15, 1).

Głosili oni nauki, które wprawiały w zamieszanie świeżo nawróconych chrześcijan  – nauczali oni bowiem, że do zbawienia konieczne jest nie tylko uwierzyć w Chrystusa oraz w Nim trwać. Potrzeba bowiem jeszcze obrzezać się według zasad prawa Mojżeszowego. Tak oto widzimy, jak duch faryzeizmu znany ze scen ewangelicznych wychyla się ponownie, tym razem już w kolejnym etapie historii.

Nie to jednak będzie głównym tematem dzisiejszego wpisu. Zamiast skupiać się na dokładnej analizie dynamiki Nowego Przymierza, tak szczegółowo opisywanej przez Apostoła Pawła w jego listach, chciałbym zatrzymać się przy innym aspekcie tej historii. To prawda, Kościół stanął przed doktrynalnym kryzysem, który szczęśliwie rozwiązał. Ale właściwie, w jaki sposób? Jak Apostołowie doszli do pomyślnego rozwiązania problemu? Jakie lekcje ukryte są w piętnastym rozdziale Dziejów Apostolskich? Czy możemy odkryć w nim aktualne także dziś zasady dla rozwiązywania kościelnych trudności i sporów? Czego może nauczyć nas – chrześcijan w XXI wieku – Sobór Jerozolimski?

Brakująca przestrzeń do debaty

Po pierwsze – podstawową lekcją płynącą z Soboru Jerozolimskiego jest to, że w ogóle się odbył. Dla apostołów spór między dwoma pomysłami na chrześcijaństwo nie był drobiazgiem, który można zignorować i liczyć na to, że rozejdzie się po kościach. W powadze i trosce okazanej przez ówczesne filary chrześcijaństwa widzimy głębokie przekonanie, że „Idee mają konsekwencje„, jak sformułował to Richard Weaver. Przywódcy pierwszego Kościoła mieli zbyt wiele rozsądku, by pozwolić sprawom toczyć się swoim biegiem – wiedzieli, że wówczas zamęt tworzony przez przeczących sobie nawzajem nauczycieli rozrośnie się do katastrofalnych rozmiarów. Paradoksalnie, najbezpieczniejszym rozwiązaniem skomplikowanego sporu było wówczas stawić odważnie mu czoło i poddać go szczerej, głębokiej i merytorycznej… debacie. „Zgromadzili się więc apostołowie i starsi, aby tę sprawę rozważyć” (Dzieje Apostolskie 15, 6). Co więcej, na tym zgromadzeniu głos otrzymali reprezentanci obydwu stanowisk; zarówno Paweł z Barnabą (Dz 15, 4), jak i „judaizujący” chrześcijanie (Dz 15, 5).

Taki biblijny wzorzec stanowi dzisiaj wyzwanie dla nas wszystkich. Zbyt często bowiem w dzisiejszym Kościele żywe i aktualne problemy są zamiatane pod dywan ze strachu przed stagnacją lub schizmą – kolejnym rozłamem pośród uczniów Chrystusa. Przybywający z linii frontu chrześcijanie przynoszący niepokojące wieści o ubranej w owczą skórę wilczej idei uderzającej od tyłu na pozycje Ewangelii nie są, jak Apostoł Paweł i Barnaba, przyjmowani z uwagą i namysłem; ich niepokojące meldunki są ignorowane, zaś oni sami skazani na własne siły w walce z doktrynalnym sabotażem chrześcijaństwa. Co gorsza, zwiastunom niepokojących wieści grozi oskarżenie o największy możliwy grzech – niegodziwość pesymizmu i niewiary.

Chęć uniknięcia podziałów jest niewątpliwie słuszna i ciężko nie zrozumieć tych, którzy są nią motywowani; tak naprawdę jednak rozwiązaniem pozwalającym na uniknięcie odszczepieństwa nie jest unikanie dialogu między chrześcijanami z tego samego ruchu. Jestem przekonany, że wiele zborów w Polsce doświadczyło bolesnych rozłamów nie dlatego, że prowadzona między chrześcijanami dyskusja na temat kształtu kościoła zaostrzyła się ponad miarę, prowadząc do schizmy; problemem było to, że do prawdziwej dyskusji nigdy tak naprawdę nie doszło! Zamiast uczciwej, życzliwej i przede wszystkim merytorycznej rozmowy, ktoś zaczął okopywać się na swoich stanowiskach, zamykając usta ideowych oponentów za pomocą kilku pobożnych sloganów – wszystko bez najmniejszej chęci zrozumienia przeciwnych racji. Przestrzeń dla debaty, którą przezornie stworzyli apostołowie w Jerozolimie, jest dziś nieobecna.

W Jerozolimie problem był palący, a słuszne rozwiązanie tylko jedno. Ale nie zawsze tak jest; nieraz poglądy strony przeciwnej, w istocie nie tak odległe od naszych własnych, urastają w naszych oczach do rangi karykatury, na którą oburzenie byłoby słuszne… gdyby karykatura ta była prawdziwa. Często jednak może okazać się, że możliwość porozumienia i zapobiegnięcia podziałowi wciąż istnieje o ile braciom w wierze starczy dojrzałości, by wysłuchać siebie nawzajem i wspólnie poszukać Prawdy. W innym przypadku, nie należy dziwić się sytuacjom, gdy nawet błahe różnice w poglądach stają się fundamentem, na którym budowane są potężne mury wzajemnej wrogości – wznoszone z cegieł czysto osobistych oraz emocjonalnych uraz. Oby dobry Bóg uchronił nas przed takimi!

Rozstrzygać problemy… po apostolsku

Drugą wielce istotną lekcją płynącą z wydarzeń Dziejów Apostolskich jest to, w jaki sposób apostołowie obradowali nad rzeczonym problemem oraz to, jak go ostatecznie rozwiązali. Patrząc zaś na sprawozdanie, które pozostawił nam Ewangelista Łukasz, w oczy rzuca się kilka charakterystycznych rzeczy.

Przede wszystkim, wymiana zdań między apostołami była po prostu… merytoryczna. Ani Piotr, ani Jakub nie rozstrzygali dylematu za pomocą argumentów ad personam; a Apostoł Paweł, choć opowiedział o tym w jaki sposób Bóg używał go pośród pogan (Dz 15, 12), nie prowadził ze swoimi oponentami licytacji na ilość ludzi, których udało mu się przyprowadzić do Chrystusa (co ciekawe, choć w owym czasie porównanie takie wypadłoby z pewnością na korzyść Apostoła, z II Listu do Tymoteusza 1, 15 wynika że pod koniec jego życia, to już oponenci Pawła mogliby szczycić się większością przeważającą szalę demokratycznej wagi). Pytaniem, które wybrzmiewało na zgromadzeniu przywódców Kościoła nie było „Kto z uczestników sporu jest lepszym chrześcijaninem?”, ale raczej „Która wizja chrześcijaństwa jest słuszna?”. Apostołowie zamiast ułatwiać sobie pytając „KTO powiedział?”, patrzyli raczej na to, CO jest mówione. Jak cenna i ważna to lekcja dziś – gdy pierwsze propozycje dyskusji nad kierunkiem, który powinien obrać Kościół, sprowadzane są do personaliów.

Co więcej, pomimo faktu, że zebrani w Jerozolimie apostołowie byli niekwestionowanymi przywódcami całego Kościoła, ich rozstrzygnięcie nie opierało się jedynie na sile autorytetu – Duch Święty nie natchnął bowiem Jakuba do wydania arbitralnego osądu, ale otworzył jego oczy na zrozumianą w nowy sposób prawdę Słowa Bożego (Dz 15, 15-17), która była w stanie przemówić także do nieprzekonanych. Innymi słowy – to nie pojedynczy człowiek zakończył Sobór Jerozolimski. Uczynił to głos Ducha Świętego – Ducha Prawdy.

Celem dialogu nie jest bowiem dyskusja dla dyskusji albo schizofreniczna wiara w jakościową równość wszystkich poglądów i koncepcji – ale dojście do Prawdy. Dojście wspólne, w którym nie utracimy naszego współbrata „ze stronnictwa faryzeuszy, którzy uwierzyli”, ale raczej pozyskamy go dla mądrzejszej i bogatszej wizji chrześcijaństwa. By, jak trafnie rzekł Karl Popper, „nasze hipotezy umierały zamiast nas”. Bo bez życzliwej rozmowy i próby zrozumienia oraz przekonania nieprzekonanych, każdy zwrot podjęty przez łódź Kościoła będzie skutkował wypadnięciem za burtę zignorowanych w imię wyższych celów współbraci. Takiej brawury zaś może dopuścić się tylko kapitan, dla którego majaczący w oddali cel w postaci tak długo oczekiwanej „Ziemi obiecanej” Kościoła jest cenniejszy od znajdującej się już na pokładzie załogi. Moim pytaniem jednak jest: w jaki sposób bracia mieszkający pod jednym dachem w Domu Ojca mogą liczyć na to, że uda im się dotrzeć do przebywającego w odległym kraju marnotrawnego syna – czekającego na zbawienie grzesznika, skoro nie są w stanie porozumieć się między sobą?

Wołanie o ducha soboru

Wszystko to prowadzi nas do wniosków, które są, w mojej opinii, bardzo ważne dla dzisiejszego ewangelikalizmu w Polsce. Potrzebujemy zacząć rozmawiać, nauczyć się dialogu – polaryzacja w Kościele jest bowiem już teraz faktem, a nie jedynie groźbą z mrocznych wizji pesymisty. Patrząc na zbory w naszym kraju, nie sposób nie dostrzec głębokiego pęknięcia między fundamentalistyczną (i niestety także często rozgoryczoną obrotem spraw) częścią Kościoła oraz tą modernistyczną i hiper-optymistycznie zapatrzoną w zachodnie wzorce chrześcijaństwa. Elementem samoidentyfikacji tej pierwszej są rozdarte szaty wzgardzonego proroka, zaś drugiej – nowy bukłak z ewangelicznej przypowieści. Tą pierwszą wielu z nas zna z „anty-zwiedzeniowych” internetowych forów i blogów (ale także i mniejszych, mniej popularnych zborów), zaś druga ma – nie ukrywajmy – dużo lepszy pijar. Obie jednak niestety nie potrafią rozmawiać, a ich spotkanie nieodmiennie kończy się wzajemnym ostrzałem biblijnymi wersetami (bez próby adekwatnego i przekonującego powiązania ich z aktualną rzeczywistością) oraz właśnie lawiną niemerytorycznych i wyświechtanych argumentów. Tak – obie strony operują tutaj niestety nie tylko hermetycznym słownikiem (z jednej strony, dominuje dopatrywanie się we wszystkim oznak diabelskiego ekumenizmu i powrotu pogaństwa, a z drugiej religianckiej postawy nowoczesnego faryzeusza), ale beznadziejnie grzęzną również w bagnisku personaliów. Internet wypełniają bowiem rozważania, w których centralnym punktem nie jest prawdziwość lub fałszywość danej idei, ale prawowierność lub odstępstwo kaznodziei. Ten sposób widzenia jest też niestety odzwierciedlony w ewangelikalizmie postępowym, gdzie pytania o meritum odbierane są (najwyraźniej w wyniku psychologicznego mechanizmu uwarunkowania) jako podważanie wiary pytanego. Taka sytuacja jest sytuacją bez wyjścia; miejscem gdzie zwyczajnie nie ma miejsca na przestrzeń namysłu i rozwagi pochodzącą z Jerozolimy…

Uczciwa i niepozbawiona szacunku debata ma bowiem jeszcze jedną ważną cechę – w konfrontacyjnym starciu idei, gdzie uważny wzrok dojrzałych uczniów Chrystusa nachyla się z analityczną „lupą” nad sprzecznymi przepisami na chrześcijaństwo, wreszcie opada mgła sloganów, a prawda wyłania się z nową jasnością. Uproszczona, niepełna i po prostu uboga wizja chrześcijaństwa nie ma możliwości przetrwać takiego spotkania; ponieważ jej siłą jest nie argumentacja a manipulacja.

Co więcej, z tego rodzaju spotkania skorzystać mogą obie strony. Jeśli kwestia sporna w istocie sprowadza się do nieporozumienia bardziej niż do błędnej idei, korzyści są oczywiste. Ale nawet jeśli „soborowa” debata będzie musiała poprowadzić do zdecydowanego opowiedzenia się Kościoła po którejś ze stron – będzie on tym samym stał na mocniejszym gruncie niż dotychczas. Herezje, choć są niczym wirusy zagrażające Ciału Chrystusa, potrafią nadzwyczajnie wzmocnić jego system odpornościowy, jeśli zostaną uczciwie skonfrontowane i przefiltrowane przez sito Objawienia. I choć dążą do zaciemnienia Prawdy – nigdy nie świeci Ona jaśniej niż po ich odrzuceniu.

 

Mój apel, gorące wołanie o zrobienie miejsca w ewangelikalnym chrześcijaństwie dla ducha żywej wewnętrznej dyskusji i dialogu, jest być może naiwne. Jasnym jest, że tego rodzaju zmianę znacznie trudniej wprowadzić w życie niż opisać w internetowym artykule. Nie ma też co się łudzić, że proponowany tutaj model stanowi panaceum na wszystkie bolączki ewangelikalizmu. Jeśli jednak jest słuszny – a moja wizja trzyma się biblijnej narracji – z pewnością stanowić będzie krok w stronę dojrzałości Kościoła.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *